
Było już o tym, że za dużo, za gęsto szkodzi akwareli. Chcąc wypróbować wielokrotne maskowanie "odkryłam" jak bardzo niedobre jest nadużywanie lateksowego płynu.
Niektórzy akwareliści osiągają ciekawe efekty nakładając maskę więcej niż jeden raz. Przetestowałam metodę, skupiając się na pejzażu i na próbie uzyskania tym sposobem czegoś innego, ciekawszego niż dotąd.
Był więc płyn na białą kartkę, pierwsza warstwa tła, ponownie maska i więcej tła ( pierwsze cztery zdjęcia ).
Moje wnioski z eksperymentu:
1. Bardzo dokładnie trzeba zaplanować co i gdzie i w jakim natężeniu będzie - w przeciwnym wypadku wychodzi chaos. Jeśli ktoś - tak jak ja - nie lubi długo rozmyślać na pracą, przejmować się każdym detalem i zwyczajnie nie jest precyzyjny - to nie polecam metody :)
2. Nie każdy papier zniesie takie zabiegi. Mój Canson Montval co prawda nie protestował przy kontakcie i ściąganiu płynu maskującego ale ... trzeba wziąść pod uwagę, że tak malując nakładamy więcej warstw farby niż zwykle, wielokrotnie moczymy i suszymy papier. Miałam wrażenie widocznego "zmęczenia materiału".
3. Skoro człowiek robi coś nad czym nie do końca panuje i z czego nie jest zadowolony to w końcowym etapie, chcąc ratować akwarelę i tak zrobi po swojemu, jak zwykle i według starych nawyków. Jednym słowem napaćkałam jak nigdy ...
4. Osiągnięte efekty nie były warte takiego zachodu. Bo co mi to dało? Miejsca "jaśniejsze inaczej" - nie białe, a przypominające efekt malowania "negative painting" - np na pniach z prawej strony.
Nieco bardziej urozmaiconą plamę liści w koronach drzew ... ale to dało by się zrobić, moim zdaniem, bez plynu i z lepszym rezultatem.
To wszystko to tylko jeden z wariantów wielokrotnego maskowania, w dodatku taki, który wyjątkowo do mnie nie pasował. Trudno więc dziwić się nieciekawym efektom :)
Na zdjęciach widać jeszcze trzy inne akwarele malowane w ten sam sposób i tak samo niedoskonałe.
Nie kończe na tym eksperymentów z maskowaniem, mam już kolejny pomysł :)

